Jestem osobą, która dużo myśli o jedzeniu.
Zawsze byłam. Planując wyjazd, pierwsza myśl to gdzie będę jeść. Menu znam na pamięć, zanim przekroczę próg restauracji, a na targu potrafię stać przy stoisku z pomidorami zdecydowanie dłużej, niż powinnam.
Wszystko zmieniło sie w Nicei.
Przeprowadziłam się tam z Londynu i spędziłam czternaście miesięcy na Lazurowym Wybrzeżu. Zanim zdążyłam się rozpakować, zorientowałam się, że życie tutaj wygląda zupełnie inaczej. Wolniej, spokojniej i bardziej intencjonalnie. Ludzie siadali do długiego lunchu, w słońcu, każdego dnia - bez telefonów, bez jedzenia na stojąco czy przed ekranem komputera.
Zrozumiałam, że nie trzeba czekać na weekend ani na wyjście do restauracji, żeby naprawdę cieszyć się posiłkiem. Że dobre jedzenie nie musi być wyszukane, wystarczą dobre składniki i ktoś, z kim warto usiąść przy stole. Świeże pomidory, ciepły chleb, no i dobra rozmowa.
I prawie zawsze coś, co spajało każde danie: oliwa z oliwek.